RSS
 

Weekendowy chill

05 sie

Po części się udało, po części nie, ciągła wielka droga z wybojami. Nie ma czegoś takiego jak „przestrzeganie reguł”. Próbowałem już raz, rozpisać sobie co kiedy i ile biorę, nawet rozpisałem dawki… jak bezboleśnie wyjść z nałogu, nawet nie odczuwając skutków odstawienia. Jednak wszystkie pomysły jakie się pojawiają i wiara że się uda…. jest gdy jestem pod wpływem. W te kilka dni ogólnie raczej sprawę zawaliłem, przyszedł piątek poczułem „że trzeba wychillować” i wziąłem więcej niż planowałem, chyba trochę się oddaliłem ostatnimi czasy od odstawiania, wewnętrznie boli mnie to bardzo ale potem przychodzi ta godzina o której biorę… i… jak zawsze.

Zauważyłem że ponownie (tak jak kiedyś gdy poleciałem) „straciłem tożsamość”, znowu nie wiem kim jestem i co lubię. Z każdym wzięciem jaram się na coś innego. Raz chcę być DJ,em (mam konsolę), raz chcę tworzyć muzykę, raz ponownie chcę wrócić do tańca (byłem tancerzem sportowym przez 13 lat), raz jednak programistą i tutaj kolejne, moze programistą php, może od mobilnych rzeczy, może od stron www, może tworzenie gier?

Nie wiem kim jestem. Jest to straszne, pamiętam że kończąc terapię półtora roku temu wychodziłem stamtąd z podpisem na twarzy „Znam swoją ścieżkę, wiem co robić”. Byłem szczęśliwy. Teraz z każdym wzięciem czuję że jestem stworzony do czegoś innego… tak naprawdę cały czas nic nie robiąc. W głębi duszy wiem co chcę robić pewnie dlatego wciąż się trzymam i walczę… ale żeby to prawdziwie odczuć człowiek musi być czysty jakiś czas, żeby znowu wróciło szczęście.

Siedzę piszę ten blog a w głowie siedzi czy nie wziąć jeszcze troszkę więcej… to nawet nie zadziała bo nie ma prawa taka fizjologia… ale sam fakt, siedzę a w głowie tylko jedna myśl, która jest tak wielka i nie do zniesienia że pewnie ostatecznie i tak to wezmę. Mam na to sposoby… po prostu ciągle coś robić i to po godzinie albo dwóch głód minie… ale przetrwać tą godzinę to wielkie wyzwanie i to się dzieje kilka razy dziennie, a jednak i tak udało mi się redukować dawki… co jak dla mnie jest już „czymś”

Żeby to napisać to naprawdę musiałem przejść drogę jak na giewont tak wielką miałem niechęć… ale jak już zacząłem to chcę wyrzucić z siebie WSZYSTKO… dlatego tak długi wpis… a przecież książki nie napiszę…

Pewnie nie tylko ja tak mam że jak już się zacznie wyrzucać z siebie to leciiiii… i nie chce przestać…  8-)

Pozdrawiam

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Teraźniejszość

 

I oto jestem

03 sie

Nawet nie wiem jak zacząć, co to w ogóle znaczy blogować ?

Chcę aby ten blog był moim pamiętnikiem, swojego rodzaju zbiorem przemyśleń i opisu walki z nałogiem, który po pierwsze przyda się mi w razie gdybym znowu kiedyś miał ciężkie głody, a po drugie może ktoś przeczyta i pomyśli dwa razy zanim spróbuje czegokolwiek.

Od 7 lat jestem politoksykomanem, z czego wiodącą substancją jest kodeina i leki uspokajające, będę historię pewnie po kolei opisywać w jakichś kolejnych wpisach aż się cała zbierze, jednocześnie dodając co się działo w danym dniu/dniach i czemu „znowu wziąłem”, za dużo jest tego by wszystko opisać naraz w końcu to spoty kawałek mojego życia.

Pokrótce na start:
Mam 25 lat, głównie uzależniony od kodeiny i benzodiazepin. Wpisy zaczynam w dziwnym momencie mojego uzależnienia bo właśnie próbuję znowu rzucić to gówno, te rzucanie trwa już bardzo długo bo około 2/3 miesięcy. Progresywnie udawało mi się pokonywać samego siebie i schodzić z dawek. W szczytowym momencie tego ciągu było to 70 tabletek Thiocodinu mniejwięcej co 2 dni. Udało mi się zejść do 15 tabletek na dzień. Było to na tyle mało że przez połowę dnia czułem objawy odstawienne, więc podjąłem decyzję o rozłożeniu tej dawki na 2x po 10 tabletek rano i wieczorem. I planowałem schodzić po jednej dziennie… Uznałem wtedy ze nawet bloga nie zaczynam bo i tak wychodzę, ale tak też myślałem już dwa miesiące temu, a dalej biorę.
To jest ciągła wojna, i są przegrane i wygrane bitwy, bywało że schodziłem i byłem już np. na 30 tabletkach i nagle mi odwaliło i dwa dni poleciałem na 40/50 ale szybko wróciłem do schodzenia… teraz jest taka sytuacja że jak zszedłem na 2×10 tab to coś mi odwaliło i nagle wskoczyłem na 2x dziennie po 20 tabletek i sam walczę ze sobą żeby nie wziąć jeszcze więcej. Możliwe że sytuacja życiowa trochę spowodowała to co się dzieje (oszukany w urzędzie miasta -> zabrano prawo jazdy) bo narkomani bardzo są wyczuleni na stres i nie potrafią sobie z nim radzić inny sposób.

Dzisiaj już trochę ogarnąłem i rano tylko 14 tabletek + mała dawka leku uspokajającego i teraz popołudniu 10 tabletek i chyba doprawię lekiem uspokajającym… chociaż zauważyłem ze ten lek powoduje że mi puszczają hamulce trochę.

Co jeszcze o mnie? W dzieciństwie piekło w szkole, prawie próba samobójcza w wieku 13 lat, rodzice własna firma i rozwód, ojciec raczej tyran i „niezdiagnozowany” alkoholik. Mieszkałem z matka chciała jak najlepiej ale niestety za mało czasu mi i bratu poświęcała (własna firma + normalna praca). Ja zawsze bardzo dobre oceny w szkole, kujon, geekon. Do teraz mi zostało. Kiedyś ktoś mi podał za dużo marihuany, dostałem nerwicy, derealizacji i depersonalizacji z którą walczę po dziś dzień nie wiedząc czy to wszystko co się dzieje to przypadkiem nie jest sen, bo ta faza po marihuanie subiektywnie się nie skończyła (a taki bezpieczny drug). Prawdziwie poleciałem po pierwszym związku z 10 lat starszą kobietą… to nie miało prawa wyjść. Narkotyki i imprezy (psytrancowe) odbierały mi powoli wszystko na przestrzeni lat. Studia, marzenia, praca, pieniądze. Wylądowałem na terapii jakoś 1,5 roku temu, w miarę pomogło ale jak widać narkomanem się jest na całe życie, znowu brać zacząłem, najpierw hardcore ćpanie i wiara w to że można tak jednak żyć, potem wypieranie, a teraz schodzenie z dawek już 2/3 miesiące.

Obecnie znowu studiuję tym razem zaocznie informatykę. Pracuję jako programista w firmie informatycznej xyz. Nie będę podawać szczegółów wiadomo dlaczego, ale można na tym zarobić, wiadomo informatyka.

Z zewnątrz nikt nie pozna że biorę, ba nikt nigdy nie poznał. Narkoman to doskonały kłamca i łamię schematy, pracuję jako programista, hajsy, wykłady dobre stosunki ze znajomymi w pracy, mimo wszystko mieszkam z matką, bo wygodnie (narkoman szuka wygody).

Cieszę się na ten blog, bo w końcu nie będę musiał nikomu kłamać będę pisać sam dla siebie bez kłamstw co siedzi mi w duszy. A co siedzi obecnie? Dochodzi do mnie jak bardzo jest źle, ale nie dopuszczam tego uczucia bo nie wiem czy uda mi się je przeżyć, już raz prawie je dopuściłem to miałem taki atak paniki że prawie w szpitalu wylądowałem. Boję się, naprawdę boję się, bo wiem że mogę stracić wszystko, ale jednak człowiek bierze.

Piszę to wszystko będąc już pod wpływem… a pod wpływem czuję że „można” niestety jak zejdzie… nie da się opisać tego uczucia które zmusza człowieka do ponownego wzięcia narkotyku… tego trzeba doświadczyć żeby zrozumieć.

Jestem i tak z siebie dumny że udało mi się zejść tak bardzo z dawek. Jak by to wszystko nie wyglądało czuję że jestem coraz bliżej końca tej walki… pozostaje potem tylko to że do końca życia każdego dnia może pojawić się TO uczucie, które mówi że czas wziąć a trzeba będzie je zwalczać… Tak jak pisałem narkomanem niestety jest się całe życie.

Fajnie tak coś wyrzucić z siebie
Peace

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Retrospekcja